Tego ranka, kiedy w końcu zgodziłem się monitorować swój nastrój, siedziałem w gabinecie doktora Kowalskiego w Gdańsku, patrząc, jak deszcz spływa po szybie, i czując tę szczególną irytację człowieka, którego proszą o coś, co uważa za kompletnie bezsensowne. Jestem kierownikiem projektów budowlanych, mam czterdzieści dwa lata — pracuję z planami i terminami, nie z uczuciami. Piętnaście lat problemowego picia nie uczyniło ze mnie kogoś, kto dwa razy dziennie zatrzymuje się, żeby ocenić swój stan emocjonalny w skali od jednego do dziesięciu. „Nie jestem człowiekiem od danych” — powiedziałem mu, co było absurdalne, biorąc pod uwagę mój zawód, ale w tamtej chwili brzmiało prawdziwie. Skinął głową w ten cierpliwy sposób, jaki mają terapeuci, i zaproponował, żebym spróbował przez trzy miesiące. Trzydzieści sekund, dwa razy dziennie. Po prostu zobaczyć, co zauważę.
To było osiemnaście miesięcy temu. Przez cały ten czas jestem trzeźwy, co wciąż mnie zaskakuje, kiedy mówię to na głos. Chcę od razu coś wyjaśnić: to nie aplikacja mnie wytrzeźwiła. Pomógł doktor Kowalski. Pomogła żona. Pomogły spotkania AA, których nie znosiłem, ale na które wciąż chodziłem. Ale te trzydziestosekundowe zapiski i podsumowania sesji, które przychodziły na moją skrzynkę po każdej wizycie terapeutycznej, pokazały mi coś, co moja własna pamięć uporczywie przesłaniała — rzeczywisty kształt moich tygodni w czasie, gdy się działy, a nie tak, jak je potem rekonstruowałem przez jakąkolwiek mgłę, w której akurat się znajdowałem.
Uczciwe lustro
Relacja jednego pacjenta o tym, co osiemnaście miesięcy codziennych zapisków ujawniło — i co jego niespokojny umysł uporczywie przed nim ukrywał
Tego ranka, kiedy w końcu zgodziłem się monitorować swój nastrój, siedziałem w gabinecie doktora Kowalskiego w Gdańsku, patrząc, jak deszcz spływa po szybie, i czując tę szczególną irytację człowieka, którego proszą o coś, co uważa za kompletnie bezsensowne. Jestem kierownikiem projektów budowlanych, mam czterdzieści dwa lata — pracuję z planami i terminami, nie z uczuciami. Piętnaście lat problemowego picia nie uczyniło ze mnie kogoś, kto dwa razy dziennie zatrzymuje się, żeby ocenić swój stan emocjonalny w skali od jednego do dziesięciu. „Nie jestem człowiekiem od danych" — powiedziałem mu, co było absurdalne, biorąc pod uwagę mój zawód, ale w tamtej chwili brzmiało prawdziwie. Skinął głową w ten cierpliwy sposób, jaki mają terapeuci, i zaproponował, żebym spróbował przez trzy miesiące. Trzydzieści sekund, dwa razy dziennie. Po prostu zobaczyć, co zauważę.
To było osiemnaście miesięcy temu. Przez cały ten czas jestem trzeźwy, co wciąż mnie zaskakuje, kiedy mówię to na głos. Chcę od razu coś wyjaśnić: to nie aplikacja mnie wytrzeźwiła. Pomógł doktor Kowalski. Pomogła żona. Pomogły spotkania AA, których nie znosiłem, ale na które wciąż chodziłem. Ale te trzydziestosekundowe zapiski i podsumowania sesji, które przychodziły na moją skrzynkę po każdej wizycie terapeutycznej, pokazały mi coś, co moja własna pamięć uporczywie przesłaniała — rzeczywisty kształt moich tygodni w czasie, gdy się działy, a nie tak, jak je potem rekonstruowałem przez jakąkolwiek mgłę, w której akurat się znajdowałem.
Problem z pamięcią, jak się nauczyłem, polega na tym, że kłamie ona w służbie bieżącej chwili. Zanim zacząłem cokolwiek zapisywać, doktor Kowalski rozpoczynał każdą sesję tym samym pytaniem: „Jak minął tydzień?". Odpowiadałem szczerze, a przynajmniej tak mi się wydawało. „Całkiem dobrze" albo „stresująco", czasem „ciężko". Ale nie potrafiłem sobie przypomnieć wtorku. Do piątku to, co wydarzyło się w poniedziałek, było już nadpisane czwartkową kłótnią z majstrem albo środową przyzwoitą nocą snu. Moje wspomnienia nie były nagraniem — były rekonstrukcją, złożoną z fragmentów i ukształtowaną przez to, co akurat czułem, siedząc w tym skórzanym fotelu. Po ciężkim poranku wszystko wydawało się ciężkie. Po spokojnym zapominałem o trudnościach całkowicie.
Doktor Kowalski powiedział mi, że nie jestem w tym wyjątkowy. Wspomniał, że badania nad terapią, w której pacjenci regularnie wypełniają krótkie kwestionariusze, wykazują umiarkowaną poprawę — nie dlatego, że formularze są magiczne, ale dlatego, że pomagają wychwycić pogarszający się nastrój wcześniej, niż sama pamięć zwykle potrafi. Większość z nas, powiedział, jest gorszymi świadkami własnego życia, niż chcielibyśmy przyznać.
Zapiski były proste: rano i wieczorem oceń nastrój, poziom stresu, intensywność głodu alkoholowego, jakość snu. Na początku czułem do nich niechęć — kolejny obowiązek w życiu już pełnym obowiązków. Zapominałem, potem przypominałem sobie o północy i czułem się winny, potem znowu zapominałem. Gdzieś w trzecim tygodniu coś się zmieniło. Stało się rutyną, jak mycie zębów. Przeklikiwałem pytania, czekając na poranną kawę, i znowu przed snem. Trzydzieści sekund, rzadko więcej.
Po dwóch miesiącach wyłoniły się wzorce, które naprawdę mnie zaskoczyły. Wmówiłem sobie, że „ogólnie daję radę" — dopóki nie zobaczyłem tygodnia, w którym przez trzy dni z rzędu oceniałem nastrój na cztery na dziesięć. W mojej głowie ten tydzień był „w porządku". Na ekranie wyglądał jak powolne osuwanie się. Widok tej liczby — mojej własnej liczby — wpatrującej się we mnie był niekomfortowo szczery. Trudniej było zbagatelizować zły czwartek jako „nic takiego", kiedy już zapisałem, że to była czwórka. Wykresy pokazały też coś innego, czego nie zauważyłem: od poniedziałku do środy mój nastrój konsekwentnie wynosił siedem lub osiem. Od czwartku do niedzieli spadał do czterech lub pięciu, czasem niżej. Weekendy były moją strefą zagrożenia, a nie miałem o tym pojęcia. Traktowałem swój stres jako losowy, rozrzucony po kalendarzu jak rzucone kości. Tymczasem podążał za rytmem, którego byłem zbyt blisko, żeby go dostrzec.
Sesje terapeutyczne, kiedy jesteś w lęku, mają pewną szczególną jakość — rozmycie, jakby ktoś rozmazał wazelinę po twojej pamięci. Siedziałem z doktorem Kowalskim, myśli mi galopowały, słuchałem połowicznie, próbując opanować szum w głowie. Mówił coś ważnego, kiwałem głową, a trzy dni później wgląd znikał. Wychodziłem z tych sesji czując się lżejszy, naprawdę wsparty, ale nie potrafiłem wyartykułować, co pomogło ani nad czym się umówiliśmy pracować. Mój niespokojny mózg był nierzetelnym stenografem.
I tu podsumowania sesji okazały się nieoczekiwanie wartościowe. Po każdym spotkaniu ContextCare generowało krótki dokument — główne tematy, które omawialiśmy, wzorce zidentyfikowane zarówno z danych z zapisków, jak i z naszej rozmowy, uzgodnione następne kroki, obserwacje doktora Kowalskiego. Nie były idealne. Czasem jakiś niuans tego, co powiedziałem, nie trafił do podsumowania, albo punkt, który tylko musnęliśmy, dostał więcej miejsca, niż się spodziewałem. Kilka razy przyniosłem jakieś zdanie z powrotem do doktora Kowalskiego i powiedziałem: „To nie do końca oddaje to, co miałem na myśli", i wyjaśnialiśmy to razem. Ale nawet z tymi niedoskonałościami było to znacznie więcej, niż mój niespokojny mózg mógł sam utrzymać.
Zacząłem czytać podsumowania następnego ranka przy kawie. Pięć minut, może mniej. Efekt był jak czytanie cudzych notatek z filmu, który oglądałeś w półśnie — nagle przypominasz sobie sceny, które przegapiłeś. Sesja dwudziesta trzecia: kręciłem się w spirali z powodu terminu w pracy, tak pobudzony, że ledwo mogłem usiedzieć. Wyszedłem z terapii czując się nieco spokojniejszy, ale z tylko rozproszonymi fragmentami tego, o czym rozmawialiśmy. Podsumowanie mi przypomniało: zidentyfikowaliśmy moją tendencję do katastrofizowania pod presją terminów, a doktor Kowalski zasugerował konkretną technikę oddechową plus rozbicie projektu na mniejsze zadania. Część o oddychaniu całkowicie mi umknęła. Bez tego podsumowania technika przepadłaby w mojej wypełnionej szumem pamięci i stanąłbym przed następnym terminem dokładnie tak samo źle przygotowany jak wcześniej.
Z czasem wyłoniło się coś jeszcze. Czytanie podsumowań z wielu miesięcy było jak oglądanie przyspieszonego filmu z własnego zdrowienia. Miesiąc szósty wspominał, że moje głody spadły do jednego lub dwóch tygodniowo. Miesiąc dwunasty — jeden lub dwa miesięcznie. Nie śledziłem tego świadomie — byłem zbyt zajęty przeżywaniem tego — ale widok tego spadku udokumentowanego znaczył coś, czego moje subiektywne doświadczenie nie mogło dostarczyć. Podsumowania wyłapywały też wzorce, którym wciąż zaprzeczałem. „Adam ma tendencję do minimalizowania stresu aż do kryzysu" pojawiło się w moich zapisach cztery razy, zanim naprawdę to przyswoiłem. Teraz wypatruję tej tendencji jak kierowca wypatrujący lodu na drodze.
Powinienem być szczery co do tego, co nie działało, bo nic nie działa gładko, a każdy, kto twierdzi inaczej, coś ci sprzedaje. Przez pierwszy miesiąc aktywnie nie znosiłem zapisków. W ósmym tygodniu, podczas szczególnie stresującego okresu — dokładnie wtedy, kiedy śledzenie byłoby najbardziej przydatne — porzuciłem je na pięć dni, tworząc lukę dokładnie tam, gdzie dane miałyby największe znaczenie. W czwartym miesiącu odkryłem, że mój Apple Watch może śledzić zmienność rytmu serca (HRV), i na krótko stałem się obsesyjny, sprawdzając ją dziesięć razy dziennie, próbując rozszyfrować swój układ nerwowy jak jakiś biologiczny ticker giełdowy. Doktor Kowalski musiał mi powiedzieć, żebym przestał. „To nie jest zamiennik życia" — powiedział, co brzmi oczywisto, ale najwyraźniej trzeba było to powiedzieć.
Sam, patrząc na wykresy, głównie się martwiłem albo zgadywałem. Dopiero kiedy doktor Kowalski i ja oglądaliśmy je razem, zaczęły nabierać sensu. Zapiski pokazywały dane — nastrój spadający od środy do piątku. Podsumowania dostarczały kontekstu — stres w pracy, zły sen, opuszczone spotkania AA. Doktor Kowalski łączył wątki: „Panie Adamie, pańskie piątkowe zapiski pokazują podwyższony stres i głody. Na ostatniej sesji rozmawialiśmy o pańskim wzorcu izolowania się, kiedy jest pan przytłoczony. Na ilu spotkaniach był pan w tym tygodniu?". I nagle widziałem to wyraźnie: opuściłem dwa spotkania, bo byłem „zbyt zajęty", a teraz byłem zestresowany i myślałem o piciu. Wzorzec wyłapany, być może w porę. Dane bez tej rozmowy były tylko liczbami, których nie potrafiłem zinterpretować.
Jest też kwestia polskiej historii, której nie-Polacy mogą nie od razu zrozumieć. Inwigilacja w tym kraju ma swoją wagę — moi rodzice pamiętają, co znaczyło być monitorowanym, mieć swoje słowa nagrywane i archiwizowane gdzieś poza twoją kontrolą. Kiedy doktor Kowalski po raz pierwszy zaproponował ContextCare, moim natychmiastowym pytaniem były dane. Gdzie trafiają? Kto je widzi? Przeprowadził mnie przez szczegóły: szyfrowanie, serwery w UE, dane, które nigdy nie opuszczają Polski, moja możliwość usunięcia wszystkiego w każdej chwili. To miało znaczenie. Nie zamierzałem przekazywać mojej historii uzależnienia jakiejś amerykańskiej firmie technologicznej, która mogłaby ją sprzedać reklamodawcom albo algorytmom ubezpieczeniowym. Gwarancja europejskiej suwerenności danych nie była funkcją — była warunkiem wstępnym.
To nie jest dla każdego. Jeśli śledzenie wydaje ci się inwigilacją, jeśli uruchamia coś mrocznego związanego z kontrolą i monitorowaniem, zaufaj temu instynktowi. Jeśli masz lęk o zdrowie, obsesyjne śledzenie danych biometrycznych może pogorszyć sprawę — nauczyłem się tego osobiście w króliczej norze zmienności rytmu serca. Potrzebujesz smartfona, odrobiny cyfrowej wprawy i przepustowości — mentalnej i dosłownej — żeby otworzyć aplikację dwa razy dziennie. Dla niektórych ludzi zapiski będą kolejnym ciężarem w już obciążonym życiu. W porządku.
Ale jeśli masz problem z pamiętaniem, co działo się między sesjami terapeutycznymi, jeśli doświadczyłeś powolnego pogarszania się, które staje się widoczne dopiero z perspektywy czasu, jeśli twój niespokojny umysł pustoszeje podczas wizyt i gubi to, co powiedział terapeuta — to może warto się nad tym zastanowić. Zacznij od małego. Rano i wieczorem, trzydzieści sekund. Czytaj podsumowania przy kawie. Daj temu trzy miesiące. Jeśli nie pomoże, przestań bez poczucia winy.
Osiemnaście miesięcy temu nie wyobrażałem sobie, że tak długo utrzymam trzeźwość. Aplikacja tego nie dokonała — ja to zrobiłem, ze znaczną pomocą ludzi, którym zależało, czy będę żył, czy dalej powoli się niszczył. Ale te trzydziestosekundowe zapiski i te podsumowania sesji pomogły mi zobaczyć to, czego sam nie mogłem dostrzec: rzeczywiste kontury moich tygodni, wzorce, które moja pamięć wciąż wygładzała, powolny postęp, który wydawał się niewidoczny, dopóki nie zobaczyłem go udokumentowanego. A czasem to jest różnica między wyłapaniem osuwania się na czas a uświadomieniem sobie za późno, że już spadasz.